Menu

Worek

Wrzucane do worka warstwami. Na ogół historyjki, niektóre, dawniejsze migrowały z miejsca, które mam nadzieję także odwiedzicie, a tam mało napisane, ale dużo narysowane przeze mnie, czyli Almetynę.

Zmaterializowana nostalgia, polityka w tle

almetyna

Kumpela mi przypomniała, że kiedyś dostała ode mnie kiecę. To było tak dawno, że teraz daleko jej do oryginału, który był bliżej umbry palonej, aplikacje w 2 różnych różach plus zieleń mniej więcej pistacjowa, całość z nieoszukiwanej bawełny.

Po czym poznać ile warte są twoje pomysły? A jeśli jesteś kobietą?

almetyna

Można szukać odpowiedzi studiując różne opracowania, literaturę przedmiotu, czasopisma lub poradniki, mniej lub bardziej fachowe. Im bardziej fachowe, tym trudniej wyłuskać satysafkcjonującą odpowiedź, a im bardziej popularne, tym bardziej odpowiedź wyświechtana.

A tymczasem...

W salonie od paru dni nie działa sufitowe oświetlenie. Boczne też nie, wcale go nie ma. Do rozlicznych lamp trudno trafić po omacku. Pani się piekli i straszy zawezwaniem fachowca, pan twierdzi, że nie warto wyrzucać pieniędzy, on naprawi jak znajdzie czas. Pani ma coraz więcej siniaków. Leży na kanapie, czeka. Pan wobec tego przynosi śrubokręt. Ogląda dokładnie kontakt, stwierdza, że jest marnej jakości, zamocowany na amen i nierozbieralny. Jednak wyłącza prąd i zaczyna dłubać. Nic z tego nie wynika, pan zły. Wyraźnie nie ma pomysłu jak dłubać. Dlaczego nie ma pomysłu? Światło w salonie to nie jego zmartwienie, jak wchodzi, to zwykle się jakieś świeci, to raz. A dwa, że ma ważne i twórcze zajęcia przez wiekszość dnia, szkoda czasu na taki drobiazg. Acha! Szkoda i pieniędzy i czasu! Ale pani ma te siniaki, narzeka, że to źle wygląda. Może i tak. Pan idzie po drabinkę i w końcu rozwiązuje twórczo problem. Zamiast nietypowych żarówek do nietypowych oprawek zawiesza gołą żarówkę, wkręconą w porządny, tradycyjny, porcelanowy izolator (to się nazywa izolator? Pani nie wie. Może po prostu oprawka?), zawieszoną na drucie. Pan zwięźle podsumowuje, że (mrucząc ciszej: te głupie) kobiety muszą mieć żyrandole i nie chcą zrozumieć, że oświetlenie to sprawa techniczna, a nie estetyczna. I wychodzi.

Pani wstaje. Siada przed blatem do pracy i znowu wstaje. Blat wygląda jak wygląda - obrazek 1, w końcu mieści się prawie pod żyrandolem. Pani ma świeżo umyte i nakremowane ręce. Pojawia się problem usuwania tego co widać na obrazku 1, gdy nakremowane ręce jeszcze kremu - obrazek 2 - nie wchłonęły. Czekać nie warto, czasu tracić nie warto. Pani poza tym nie znosi wprost dotykania gołą dłonią bardzo drobnych, licznych przedmiotów małych rozmiarów, o niejednorodnej strukturze i stopniu wilgotności, rozproszonych bezładnie na stole - patrz 3. Pani znajduje rozwiązanie. Obrazek 4 i następne. Na ostatnim widać odłożony do schniecia wynalazek pani: ekonomiczne, nienumeryczne i nieelektryczne narzędzie do czyszczenia bezdotykowego. Ono jest wielokrotnego użytku. Może jeszcze zostać dopracowane. Pani zastanawia się dlaczego kobiety wymyślaja takie praktyczne rozwiązania, a panowie mają ważne i twórcze zajęcia i dużo poglądów.

Już miała znaleźć odpowiedź, gdy wzrok jej padł na spłachetek podłogi pod kontaktem. Pełno mąki, ale dziwna sprawa.

Dlaczego kobiety mają takie pomysły?

Obrazek4eMINI1

Przecież nie z lenistwa, jak mężczyźni? 


Wychodzisz wstrząśnięta i uzdrowiona (ew. wstrząśnięty i uzdrowiony)!

almetyna

Poszłam, jak wielu z nas, do specjalisty w ramach NFZ. Naczekałam się cierpliwie kilka miesięcy, ale warto było, bo ten specjalista ma dobrą prasę. 

Wczoraj nadszedł dzień wizyty. Pukam, wchodzę jak to pacjenci u nas, z pewną taką nieśmiałością, dzień dobry mówię dziarsko, bo nie chcę ujawniać wrodzonej w Polakach niższości wobec Autorytetu. Moje dzień dobry poszło do osoby, której zrazu nie widać, bo gabinet jest w kształcie wywróconego na prawo L, biurko więc schowane po prawej, za winklem, a posuwanie się tych parę kroków do ukrytej osoby dziwnie niepokojące.
Dzień dobry zza winkla dochodzi tubalne, wystudiowane, radiowe. Boże! Jaskinia Ali Baby.

Spogląda na mnie charyzmatyczny (to oczywiste!), zestarzały (to widać), playboy z przedziałkiem po środku i kucykiem (Rany!).

Siadam naprzeciw Autorytetu, który wykrzywia się w lekkim grymasie, a grymas ten się pogłębia, staje coraz bardziej zgryźliwy, w oczach błyski sarkazmu w miarę mojego streszczenia kilkuletnich dolegliwości, które jak na złość dzisiaj zupełnie mi nie dolegają. Trudno w takich warunkach wykrzesać z siebie wiarygodną opowieść... Wyciągam więc różne papierki, rezonanse, opinie i dyskietki. Komputer nie działa, płytki CD schować! Za to doktor rzuca okiem na ten i ów papierek i oznajmia, że mam nie brać żadnych lekarstw typu x i typu y, bo to lipa nic nie warta, za to droga. Polacy to taki naród, że lubią narzekać i dużo wydawać na różne wspaniałe urządzenia do odchudzania, prostowania kręgosłupów i zwalczania grypy. Gdyby te sposoby były coś warte, to pacjentów pod gabinetami by ubywało. A jest coraz więcej.

Laboratoria zbijają kasę na oszustwach, a Polak jak nie wyda dużo, to się nie wyleczy, taki durny mamy naród. Niech Pani weźmie taki kwas hialuronowy. Dwa tysiące zastrzyk i nic nie pomaga. Polak nic się nie zraża brakiem efektów. Powołuje się na zasłyszane bajdy o cudownych uzdrowieniach. A to skutek wiary w drogi lek, co to sama czasem leczy. Taki mamy ciemny naród!

Pytam nieśmiało czy jego zdaniem leki, które mi zapisano na inne dolegliwości wszystkie wyrzucić. Ciut się zawahał, ale twardo ciągnie. Te z jego dyscypliny zdecydowanie tak. A z tych innych, usunąć wszelkie przeciwbólowe, nasenne i witaminy! Zamiast tego kupić sobie rower stacjonarny i używać 20 minut rano i wieczorem.

A nie mógłby być zwykły? – Nie, droga Pani! Stacjonarny będzie się rzucał w oczy na środku pokoju, a na zwykły Pani nie pójdzie bo deszczyk, wiaterek albo ciemno. Tylko stacjonarny!

Powiada: – W mojej dziedzinie nic pani nie dolega, nie grozi żadna operacja przez najbliższe sto lat, jest pani zdrowa.
To dlaczego mam te różne dolegliwości? – Niech się pani leczy u kolegi z sąsiedniej dyscypliny, pójdzie sprawdzić czy nie zaczyna się taka a taka choroba z trzeciej dyscypliny. I powtarzam: niech pani nie czyta statystyk, ale czyta ulotki producenta leku, a potem tego leku nie bierze!

No ale panie doktorze, medycyna ma jednak pewne osiągnięcia...

– Jakie osiągnięcia!? W mojej dziedzinie nic się nie zmieniło od 30 lat! A ludzie żyją coraz krócej!

– Ale przecież średnia długość życia wzrasta?

– Jakie tam wrasta! Statystki to oszustwo! Niech Pani popatrzy na cmentarz powstańców styczniowych, do setki niektórzy żyli, a nawet dłużej. A teraz długo wojen nie było, szczepi się dzieci, niestety, zamiast żeby przetrwały najsilniejsze i mamy co mamy. Jaka jest długość życia w Nigerii? Niska! A wie pani ile tam było wojen i klęsk głodu? A w Kambodży w ogóle nie ma starych ludzi, Pol Pot o to zadbał. A przy okazji, on był lekarzem, zupełnie jak Mengele.

– Dziękuję panie doktorze. Rozumiem że nie ma sensu żebym dłużej Pana męczyła swoją osobą. (Cholera, znowu uniżenie. Ale może wyczuł trochę ironii). Bardzo Panu dziękuję!

Specjalistadr_G 

Wiza do niewinności

almetyna
Znów ożyła wielka dyskusja na temat win naszego niewinnego narodu. Za sprawą Olgi Tokarczuk. Noszę w sobie rozterkę, problem winy jest egzystencjalny. Polacy czy nie-Polacy, Żydzi czy nie-Żydzi przez wieki i krainy ścigamy się i w samobiczowaniu i w samouwielbieniu. Prawda historyczna nie ma żadnego znaczenia. Ciekawy i jakoś symptomatyczny jest głos Sławomira Stasiaka na facebooku, cytuję: 

 
Cześć i chwała, słusznie. Do dziś nie wiem czy podzielam zasłyszany w dzieciństwie szlachetny pogląd, że bardziej powinniśmy pamiętać jednego człowieka który ratował niewinnie skazanych ludzi niż 10, którzy... no właśnie... tych 10, którzy nie ratowali (grzech zaniechania) czy tych 10, którzy doprowadzili do śmierci tych osób (mord, grzech bardziej “oczywisty”).
 
Tak czy owak jeden denuncjator wymieniony przez Sławomira Stasiuka zabił jednym gestem, po równo wielu ludzi ratujących i ratowanych. Ale ja nie o denuncjatorach i ich narodowości chcę porozmyślać. Nie walczę na statystyki poprawiające narodowy humor. Ciekawi mnie ustalenie, jeśli tylko to możliwe, jak ludzie dokonują wyboru swoich pryncypialnych wartości, których nie mogą przestać bronić. Nie mam na myśli świadomego wyboru, mam na myśli uświadomiony wybór. Stawiam tezę, że nasze indywidualne dusze - czy jakbyśmy nie nazwali naszej duchowości i naszych indywidualnych sumień zarazem - są skłonne (niektóre) przystąpić do indywidualnej ekspiacji, mogą (niektóre) potępić członka rodziny czy przyjaciela, który by dopuścił się strasznych zbrodni, ale (niektóre), większość z nich nigdy nie dopuści do uznania win zbiorowych swojej grupy. Czy to ród, plemię, naród czy... tutaj się zawahałam... ludzkość. Właśnie, ludzkości to nie dotyczy. O niej niektórzy, nawet wielu z nas często mówi źle. Granica identyfikacji ze zbiorowością przebiega zdaje się gdzieś między mieszkańcami danego kontynentu a mieszkańcami naszego globu. Jeszcze bardziej fundamentalna granica przebiega między ja i nie-ja. To jest pierwsze rozgraniczenie jakiego każdy musi dokonać na starcie. Gdy go już dokona zaczyna się integrować sam ze sobą, bronić granic samego siebie, bronic swojej niewinności. Wiemy oczywiście, że samo pojęcie winy jest kwestionowane, zarówno na poziomie psychologicznym (nie ma winy, jest odpowiedzialność za czyny), jak i praktycznym (“Ne wpędzaj mnie w poczucie winy”).
Wina i poczucie winy, żeby zaistnieć musi więc być nazwana. Potem może być, ewentualnie, uznana. Istnieje niewielka możliwość jej uznania. I jeszcze mniejsza próby naprawienia.
Właśnie. Gdzie przebiega granica uznania win? Także w czasie. Za czyje winy się odpowiada i jak długo? I ile się płaci za poznanie granic? Czy istnieją strefy buforowe? Linie przerywane? Wizy do niewinności?

Nieskoczono_Recursion_via_vlc

Być czy nie być (seniorem)?

almetyna
Pytanie proste, odpowiedzi już nie. Z kalendarzem się nie dyskutuje.
Starzenie się jest niby nieuniknione, ale nie powinno to nas dotyczyć. Nikt seniorem być nie chce, choć każdy wie, że jeśli młodo nie umrze, to nim będzie. Stara się odroczyć moment, gdy trzeba będzie stanąć ze starością twarzą w twarz, brać się za bary z upływającym czasem. Jakże niesłuszne to obawy. Seniorzy właściwie są coraz bardziej na topie, jak napiszesz program działań na rzecz seniorów, sukces masz gwarantowany, bo to ludzie specjalnej troski. Niepełnosprawni. Jak nie ruchowo, to umysłowo. W dniu, w którym po raz pierwszy dano ci to odczuć zaczynasz się zastanawiać. Albo dostajesz chandry, albo zaczynasz się zbroić, żeby dać odpór. Lepiej dać odpór, wybierajmy tę opcję.
 
Sprawdź, które z poniższych zdań pasują do ciebie:
 
Czujesz się niezręcznie w sklepach z modnymi ciuchami.
 
Dyskretnie rozglądasz się w miejscach publicznych gdzie by tu usiąść.
 
Jesteś na emeryturze, mimo że nie pracowałeś w straży pożarnej.
 
 Ktoś ci ustępuje miejsca w tramwaju, a nie jesteś w ciąży.
 
Masz roczny bilet komunikacji miejskiej za 50 zł.
 
Patrzą na ciebie dziwnie gdy kupujesz coś z branży IT.
 
Trąbią gdy prowadzisz samochód zgodnie z ograniczeniami prędkości.
 
Wyrabiasz sobie Kartę Seniora.
 
Wzruszasz się jak nigdy dawniej na widok bobaska.
 
Zapominasz gdzie jest odłożona twoja komórka.
 
Zostajesz babcią/dziadkiem.
 
Jeśli co najmniej trzy z powyższych stwierdzeń dotyczą cię, to prawdopodobnie jesteś seniorką lub seniorem, bez względu na datę urodzenia. A dalej: pozostaje sprawdzić  jak się czujesz w tej roli i czy ją akceptujesz. Od razu widać cztery możliwe sytuacje. Czujesz się dobrze, akceptujesz; źle i akceptujesz; dobrze, ale nie akceptujesz i źle, ale nie akceptujesz. Dwie pierwsze sytuacje zostawiamy jak są, a dwie pozostałe poddajemy obróbce. Dobre i złe samopoczucie odkładamy na potem. Zastanówmy się nad akceptacją naszej senioralności. Nasz cel jest prosty (pogodzenie się z sytuacją), osiągnięcie go zawiłe. Szczerze mówiąc, jeśli nie akceptujesz swojego stanu, to zapewne dawniej też tak było. Jako dziecko chciałeś / chciałaś być osobą dorosłą, w wieku nastoletnim myślałeś / myślałaś, że jesteś, około czterdziestki poczułeś / poczułaś, że tydzień trwa jak dzień, miesiąc jak tydzień, a lata są coraz krótsze, starość za progiem. Teraz pewnie myślisz, że nic się nie da zrobić. Jeśli tak, to się rzeczywiście nie da. Jeśli masz podejście pozytywne, to do dzieła!
 
Zacznijmy od ewentualnych korzyści z bycia seniorem. Trzy minuty namysłu... ... .... ... ... ...  Już? No widzisz ile tego! Puśćmy wodze fantazji, wyobraźmy sobie jak każda z wymienionych przez ciebie korzyści przekłada się na konkretne świetne wydarzenia. Na przykład dużo wolnego czasu, co z nim robisz? Tai chi albo teatr amatorski. OK. Przeglądaj dalej swoje korzyści i poszalej. Z tego szaleństwa wyłoni się chęć, pomyślisz "A może?", stąd narodzi się plan, a realizacja planu spowoduje prawdziwą aktywność. I już nic nie stanie na przeszkodzie do akceptacji twojej senioralności.
 
Smerf Maruda powie w tym momencie, że to się nie może udać. Jak to dobrze, że nim nie jesteś. 
Swoją drogą jak to jest, że o niektórych ludziach nie myśli się jak o seniorach? Mick Jagger, Hanna Krall czy Franciszek i tylu, tylu innych, mniej lub zupełnie niesławnych, jakich na pewno znasz i codziennie mijasz.
 

Kreatywne inspiracje wyjątkowo oryginalne

almetyna

Tak się tylko zastanawiam. Słowa się rodzą, trwają, ewoluują, zmieniają znaczenie i odchodzą na strych, skąd jakiś literat czasem je wydobywa i odkurza. Są też słowa funkcjonujące od dawna, ale nagle przeskakujące z ogólnych zasobów słownika na "wyższą półkę" i "do innej bajki", dzięki czemu stają się tendance. Czy słowo "kreatywność" znaczy jeszcze "twórcze podejście, nieszablonowe idee, przekraczanie granic"...? Czy raczej oznacza "robimy to co wszyscy lubią, bo znają i co każdy łatwo znajdzie na półce "inspiracje". Czy słowo "inspiracje" oznacza nawiązanie do czegoś czy powielanie... bo tak jakoś się pogubiłam. Właśnie obejrzałam pewien niezwykle kreatywno-inspirujący serwis. Jak się wam podoba? - że zacytuję mistrza.

Nawiasem mówiąc, tych oryginalnych kreatywnych inspiracji jest niezwykłe wprost zatrzęsienie. Tak twierdzi wujek Gugiel:  
1 580 000 wyników (0,35 s).

Tylko w aniołkach jaki wybór! Nie mówiąc o scrapbookingu, który (jak donosi Wikipedia)  jest sztuką ręcznego tworzenia i dekorowania albumów ze zdjęciami i pamiątkami rodzinnymi. Nazwa pochodzi od ang. scrapbook, oznaczającego taki album. Natomiast sam wyraz scrap oznacza skrawek.

Sama w sobie ta technika, jak każda inna, jest tylko metodą wytwarzania jakiejś rzeczy. W żadnym razie nie musi to być rzecz taka sama lub podobna ("zainspirowana") do milionów innych takich rzeczy. Ale jakoś dziwnie zazwyczaj jest taka sama lub podobna. I to się ludziom podoba. Ale dlaczego?!!! Nigdy nie pojmę...

A tu nieco wesołych przykładów do nabycia za niewielkie pieniądze, jeśli się lenicie lub nie garniecie do kreacji:

Nie wiedzieć czemu "kreatywny świat" najczęściej jest kompletnie wyprany z poczucia humoru. Mimo to wzbudza czasem śmiech, gdy rozwiązuje nierozwiązany dotąd problem twórczości, pardon, kreatywności. Na przykład gdy stwierdza autorytatywnie, że zastosowanie tej akurat metody: pozwoli każdemu zgłębić tajniki tworzenia.  Każdemu! Jakie to miłe. 
Ale chętnie w to wierzę. Niejeden stragan z pamiątkami jest kopalnią inspiracji. Piękno można spotkać na każdym kroku. I ty zostań artystą. Nie święci garnki lepią. Co ci szkodzi?

Plusy scapbookingu:
- każde ozdobione zdjęcie czy kartka staje się dziełem sztuki
- technika na tyle prosta, ze może w tworzeniu prac uczestniczyć cała rodzina
- nie wymaga wielkich zdolności plastycznych, wystarczy przeciętny zmysł estetyczny żeby powstały ładne prace
- prace powstają dość szybko dzięki czemu od razu można się cieszyć z uzyskanego efektu

No i czemu się przyczepiłam? Pewnie z zazdrości, że tak nie umiem. Przecież to chyba dobrze, że ludzie masowo się garną do prac ręcznych? To ich uspokaja i pozwala na kreatywność, prawda?

 

Korytarze

almetyna

Będzie o niejawnej przemocy i o trosce na pokaz.

Epizod 1

W pewnym prywatnym domu opieki, gdzie kogoś odwiedzałam, podeszła do mnie pani o zwiewnej sylwetce, szczuplutka, z poetyckim, a może zagubionym spojrzeniem wyjątkowo błękitnych oczu i unosząc nieco ręce z białym talerzem zapytała nieśmiało:

- Czy może mi pani umyć talerz?

Oczywiście umyłam, podałam jej taki sam, ale suchy i w tym momencie nadeszła opiekunka.

- Po co ci ten talerz, pani Anno? - Rzekła głośno i wyjątkowo zdecydowanym, napierającym tonem.

Pani Anna stropiła się, przycisnęła talerz do piersi i otworzyła usta.

- Ja... ja...

- No po co?! Słucham! 

- Ja... ja tylko...

- Nie potrzebujesz tego talerza. Po co go trzymasz, Pani Anno? No, słucham!

_ ...

- Widzisz sama, nawet nie wiesz, po co ci ten talerz. Oddaj, no już! Jak będzie ci potrzebny na kolację to go dostaniesz!

Pani Anna straciła resztki odwagi i pozwoliła sobie odebrać talerz. Stałam od nich obu o metr. Opiekunka zupełnie się nie krępowała moją obecnością. Spytałam ją:

- Czemu pani Anna nie może mieć tego talerza?

- A po co jej? Jeszcze stłucze.

Obejrzałam się. Pani Anna drobnym, wahliwym kroczkiem szła korytarzem do swojego pokoju, który dzieliła z inną panią, niechodzącą i przez zawsze otwarte drzwi, z poziomu wysokiego łózka, obserwującą pusty korytarzowy świat.

Epizod 2

Pan, którego odwiedzałam zaczął już trochę chodzić, korzystaliśmy więc z pięknej pogody żeby pobyć na powietrzu. Sam o to nigdy nie prosił, jakoś nie wpadał na ten pomysł. Opiekunki także nie.  Na dole przy wyjściu była toaleta (porządna i dostosowana dla osób niepełnosprawnych), a on potrzebował jej częściej niż zdrowi. Poprzednio trzeba go było do niej doprowadzać, ale tamtego dnia czuł się już silniejszy, więc zaproponowaliśmy mu, żeby poszedł sam. Powiedział, że nie wolno im korzystać z tej toalety.

Epizodów mogę mnożyć a mnożyć. Chyba tego nie chcecie. Temat, który mnie zajmuje nie należy do spektakularnych. Na njus się nie nadaje. Nie ma w nim bicia, głodzenia i znęcania się. Są tylko drobniutkie szykany, wywieranie presji z pozycji dominującej, mówienie na ty, przewracanie oczami za plecami podopiecznego, zabranianie samodzielności i ogołacanie z prywatności. Starzy ludzie bez obrony nie zasługują na troskę, nie wspominając już o szacunku. Życzliwość to pojęcie obce.

W ciągu całego tegorocznego upalnego lata w ogródku przebywało tylko parę osób na tyle samodzielnych, żeby z własnej inicjatywy i o własnych siłach powędrować na dwór. Inni siedzieli w pokojach ze stale otwartymi drzwiami. Niektórzy trzymali w rękach piloty i zipowali w szalonym rytmie. Widok z ekranu był fajniejszy niż przez drzwi. Okna, chyba nie przypadkiem, mieli zawsze za plecami.

Kiedyś byłam w jeszcze bardziej dramatycznym miejscu, na oddziale neurologicznym wielkiego szpitala. Przechodziłam koło sali, z której dochodziły dziwne piskliwe zawodzenia. Zajrzałam. Szkieleciki na łóżkach darły się ledwo słyszalnie, bo dostarczono obiad do sali, ale szafki i parapety stały poza zasięgiem ich rąk. Zadbane pielęgniarki przebiegały korytarzem w innych, ważnych sprawach. Tam śmierć naigrawała się jawnie. Tu, gdzie bywałam ostatnio robiła to w przebraniu.

2307_Szkieleciki_72

 

 

Ustaw się!

almetyna

Świat się zmienia na naszych oczach.

Już myślicie, że wreszcie się Almetyna przemogła i znowu pisze o wielkiej polityce. Skądże. Wydarzenia wstrząsające światem pozostawiam wszystkim tym, którzy się na tym świecie lepiej znają. Almetyna w tym czasie analizuje mniejsze zjawiska, na pozór wzbudzające mniej emocji. W każdym razie media o nich nie huczą, reporterzy nie podsuwają ludziom pod nosy mikrofonów, dzięki którym mogą dowolnie kreować, pardon, obiektywnie informować opinię publiczną, kamerzyści nie ślą w świat poruszających obrazów, od których drżą sumienia, aż łza się w oku kręci, a rządy otwierają kasy.

Co innego niż ta łza mnie kręci. Wstyd przyznać ile niecenzuralnych słów ujemnie naładowanych emituję w pewnych sytuacjach. Wstyd oczywiście dlatego, że zamiast prywatnymi drobiazgami, złamanymi paznokciami, ulicznymi korkami, kloszardami umierającymi w mojej altance śmietnikowej, powinnam wybrać jedną z dwu głównych opcji na skalę europejską, a nawet globalną i się opowiedzieć. Oraz tu czy tam przyłączyć i aktywnie zauczestniczyć. 

Zamiast tego wszystkiego, ja się na nowo ustawiam. Kiedyś już próbowałam (tu klikaj).

3ustawDSC04262web

Ale to na nic. Teraz nadeszła godzina prawdy! Nowa era masowego update'u. Pewien młodszy członek rodziny stale mnie gromi za brak dociekliwości, niesamodzielność njutechnologiczną i zadawanie głupich pytań. Ambitnie nie zadałam, tylko zainstalowałam nowość, którą "wszyscy" już zainstalowali i teraz prześcigają się w bardzo mądrych komentarzach z mnóstwem trudniejszych wyrazów. Zazdrość i ambicja mnie wzięły.

Skutek był opłakany. Mój komputer typu PC najpierw złożył mi gratulacje za udaną akcję instalacyjną, następnie zaczął emitować nawracający sygnał dźwiękowy typu BŹDRANG! i informować o błędzie MSV... coś tam. Od razu się zaniepokoiłam, czy to nie dawne MSW, ale nie, ten bźdrang! był całkowicie dzisiejszy. Za to uporczywy, o zmiennej i dużej częstotliwości. Nerrrrrrrrrwy!

Poszłam do jednego pana fachowca w pobliskiej hali targowej. Szczegółów nie podam, bo podobno nie wolno robić kryptoreklamy, w której to kwestii mam inne zdanie; kto chce namiar, niech pisze wspakinfo@gmail.com.
Ten pan szybko i niedrogo usunął problem, oczyścił ustrojstwo z licznych błędów, założył zapory i teraz już nie muszę zajmować się niczym innym niż tym światowym problemem, czego tak chciałam uniknąć.

A kiedyś nie było takich dylematów, kiedyś się miało sprawnego Maca z wielkim ekranem. Dalej by się miało, gdyby zamiast pisać bloga, którego nikt nie czyta, nikt nie sponsoruje, nikt reklam nie umieszcza, wziąć się za poważne zajęcia. Np. zadania w świecie wielkiej polityki czy... (choćby nawet niewielkich) finansów. W końcu koszula bliższa ciału, każdy się zgodzi. Tak, łza w Macu się kręci, przynajmniej mnie, innym - jak mówią, kręci się w oku .

A wracając do meritum. Zamiast emocjami, kierujmy się rozumem. 

tratwa+meduzy

Co tam panie w polityce?

almetyna

Jak to co? Rzeczywistość medialna wybiera rodzynki i je ogląda w różnym świetle, zanim wrzuci do centryfugi z ciastem na zatrute ciasteczka.

 

Czytam  czasem PAPa njusy i czasem klikam w jego linki, dziś taki o "konflikcie na Ukrainie", a czasem lecę do kolejnego źródła i też się krzywię niemiłosiernie. Wszystkiemu winiem ten czarny charaktr, Putin. Może nie bierze się pod uwagę, że jakkolwiek paskudną nam się widzi jego facjata, to czasem nie car winny, choć on z założenia nie bez winy.

Niby wiemy, że Wołyń, ale niezręcznie to teraz wyciągać. Niby wiemy, że narody to pojęcie przestarzałe, ale wolimy myśleć po staremu, po co nam rozumieć świat. Niby wiemy, że dżihad się czai oraz ebola... ale przecież daleko. Może nas nie dopadną. 

Jak i skąd biorą się narody? Mnóstwo znawców to wie, więc nie będę się wymądrzać, sami sobie poczytajcie lub przypomnijcie. Mnie chodzi i łatwość z jaką rozprzestrzeniają się mity. To co się u nas pisze o Ukrainie jest nie takim sobie mitem. Jest gigantyczną konfabulacją, podszytą wielkimi interesami, ropą, czarnoziemem, tanią siłą roboczą.

NjusPutinnicniemoze1
 Dla wyjaśnienia dodam, że pozostałe NJUSY są jak dotąd na blogu głównym. Jednak powinny się tu przeprowadzić, będę je namawiać do tego. Więcej...

Lalka ma ćwierć życia za sobą

almetyna

To w projektach normalne, że są zaplanowane. Życie lalki będzie trwało 365 dni. Minęło pierwszą ćwiartkę.

W życiu, które nie jest projektem, tylko realizacją – zwróć uwagę na rdzeń słowa realizacja – pierwsza ćwiartka oznacza koniec dzieciństwa. Nastaje czas młodzieńczych przygód z życiem. Zobaczymy, czy druga ćwiartka okaże się mniej pochylona nad samą sobą. Przekonanie, że artysta zawsze wyraża siebie jest powszechne. Czasem dzięki prawdzie zawartej w wypowiedzi artysta zostaje ikoną swoich czasów.  To właśnie wyraża Virgile Debar przywołując parę ikon ostatnich stu kilkudziesięciu lat.

Virgile Debar

Virgile Debar ma obsesje na miarę naszego wieku: seks, moc (superman damski i męski), śmierć, autodestrukcja. Robi to, co artyści robią "od zawsze" – zajmują się kondycją człowieka i wyrażają do niej swój osobisty stosunek.

Matrioszka Moniki Doskocz-Kupisowej też ma obsesje naszych czasów, z naciskiem na naszych i teraz. Pochylenie nad sobą jako indywiduum może ciekawić. Z małym zastrzeżeniem: osobowość zajmująca się sobą powinna czasem rzucić okiem na okolicę, choćby dla higieny umysłowej. Lalka Ja-matrioszka ma niejakie trudności z wyjściem poza samą siebie, jej transgresje polegają na pokonywaniu barier wewnętrznych. Ma nawet kłopoty w komunikacji ze światem, w którym przebywa. Mówi o sobie i do siebie, trwa w stanie stałej gotowości do rozpoznawania drgań własnej duszy. Autyzm się rozprzestrzenia, chociaż coraz lepiej jako ludzkość radzimy sobie z przekraczaniem jego granic. A może narcystyczne narracje najlepiej przystają do naszej epoki rozdartej między homogenizacją społeczeństw masowych i imperatywem uratowania indywidualności?

 

Co parę dni autorka projektu Sekretne życie lalki pokazuje coś znaczącego w oderwaniu od samej siebie, chociaż dla niej także istotnego, dlatego właśnie zauważonego, i wtedy bardziej widać, że sekretne życie prowadzi każdy z nas.

 

Dzisiejsza sztuka jest sztuką społecznie zaangażowaną, a ponieważ takie określenie niedobrze się kojarzy, to nazywa się ją krytyczną.

Obieg pokazuje wszystko co warte pokazania w sztuce naszych czasów w jej wariancie kuratoryjnym. Na przykład artykuł No-body- notatki o kobiecym ciele i nagości. Amina Tyler, Alaia Magda Elmahdy, Boushra Almutawakel idealnie ujawnia treści sztuki kuratoryjnej, która trafia do odbiorcy bardzo przygotowanego na spotkanie ze sztuką, wręcz wytresowanego w jej konsumpcji. Polecam wszystkim osobom lubiącym być wśród dobrze poinformowanych.

 


Inny artykuł na podobny temat KLIK

© Worek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci